12 sierpnia 2011

o myślach

Myśli przelatują przeze mnie jak sraczka; potem utrzymuje się tylko lekka woń genialnych pomysłów. Gdy dobre, mądre myśli znikają następuje frustracja. A trwa ona do następnego genialnego olśnienia, które przemija po wyjściu z łazienki, z autobusu, po kłótni z kochankiem czy przyjacielem, po skończeniu wykładu, pracy, po rozmowie z mamcią lub po zabawie z kotem. Wtedy albo próbujesz się tych myśli kurczowo trzymać, a one się kłębią, albo jak najszybciej o nich zapomnieć. Kiedy wybierasz pierwsze, zaskakujesz się po czasie, bo sensy sprzed dwóch dni już nie mają sensu. I znana przyciszona uwertura następuje – frustracja.

Najlepiej wszystkie zdania brzmią w mojej głowie. Kiedy próbuję je wypowiedzieć lub napisać są tylko wykrzywioną rzeczywistością dziejącą sie pod moją czaszką. Te słowa czy zdania są niedoskonałe. I choć myśli w głowie nie możesz cofnąć, bo gdy raz poleci możesz ją najwyżej przewinąć, to wypowiedzianego słowa nawet przewinąć nie możesz, bo Cię wezmą za dziwaka. Tak więc niedoskonałość słowa wypowiedzianego mnie przeraża. Przerażała mnie od zawsze, dlatego większość konwersacji odbywała się w mojej głowie. Kiedy coś poszło nie tak, zawsze miałam czas żeby się zastanowić nad ripostą, odpowiedzią, obroną, atakiem. Kiedy przychodzi do rozmowy oko w oko, gęba w gębę, to moje myśli się rozpiechrzają i gubią. Jedna zawsze się chowa pod fotelem i figlarnie na mnie patrzy. Druga zawsze zipie w kącie, jest cholernie wymęczona. Trzecia siedzi mi na ramieniu i dobrze wie, że powinna wlecieć do gęby i oznajmić swoją obecność. Ale ona jest przebiegła. Czeka aż emocje opadną i dopiero wtedy, i tylko wtedy, pojawia się w złotej poświacie i rzecze: „Teraz zdajesz sobie sprawę, że tu jestem, więc już nie jestem Ci potrzebna. Idę się schować. Do następnego!”

I dlatego jestem beznadziejna w dyskusjach. Argumenty się rozsypują i dopiero kiedy kończy się wątek, pieprzone za i przeciw się nagle pojawiają. Czasem jednak zaskakuję sama siebie i najlepszy argument może wyskoczyć z moich ust, ale jest to tak surrealistyczne, że ciężko mi uwierzyć w przynależność tych słów do mówcy. Często słowa, które wypowiadam nie są moje, choć przeze mnie wypowiadane. Kiedy w czasie rozmowy zdarzy mi się zabłysnąć, w oka mgnieniu następuje dezorientacja i gmatwanina powraca na tor. Jest to niesamowite, takie małe out-of-body experience, w którym moje myśli rządzą się swoimi prawami i kieruję mną jak chcą. I kiedy się ujawniają w głowie to zaskoczenie moje jest o wiele mniejsze niż kiedy pojawiają się w umyśle i po sekundzie zostają wypluwane przez nieruchawe usta. To uczucie nie trwa na szczęście długo i jak najszybciej powracam do swojego pierwotnego stanu. Błyskotliwa wypowiedziana myśl jest moim potencjałem czynnościowym; lecz między biologicznym a moim jest taka różnica, że bez mojego mogę żyć – bez biologicznego nie da rady.

Następuje stan spoczynku, czyli powrót do więzienia myśli. Się kłębią i mętlą i pętlą i smęcą i skaczą i płaczą, obijają o naczynka i komory i pajęczynówkę, a nawet czaszkę. Mogą wyjść tylko jedną drogą, tylko przez tę cholerną rurę, prowadzącą do wilgoci; drżenie, krtań, nagła suchość ust... i w końcu wychodzi ta karykatura, to kubistyczne monstrum – słowo mówione.

Napisać jest prościej. Napisanie można poprawić, cofnąć, wymazać, a przede wszystkim zastanowić się nad nim bardziej. W czasie pisania można myśli kontrolować. Raz wpisane na papier bądź wkliknięte w komputer tylko przez chwilę czują swoją wyższość. Bo myśl zapisaną można poddać manipulacji. Jeśli manipuluje się myślą wypowiedzianą, to najczęściej nazywają ciebie kłamcą bądź hipokrytą, ewentualnie cynikiem. Myślami w głowie można manipulować, ale jeśli się nie będzie przestrzegać pewnych praw to nic z tego nie wyjdzie.

Dlatego słowo pisane kocham. Ubóstwiam. Daje mi ono poczucie bepieczeństwa. Gdybym tylko mogła przytuliłabym wszystkie zapisane zdania, z których jestem dumna. Posłałabym im szczery uśmiech i pocałowała na dobranoc. Śpijcie dobrze moje myśli, zawarte w poprawnie skonstruowanych zdaniach. Dobranoc.

1 komentarz:

Turbo Faflun pisze...

yo siostra! widzę, że jesteśmy oboje ciężko rodzinnie pogięci :> słuchaj bluesa (ale nie tylko smutnego)!

Prześlij komentarz